​Co nam zostanie po Euro?

Czwartek, 21 czerwca 2012 (19:48)

Przygotowywaliśmy się do tej imprezy pięć lat. Budowaliśmy, przebudowywaliśmy, czyściliśmy, rewitalizowaliśmy, odnawialiśmy. Przez pięć lat ogarnialiśmy Rzeczpospolitą tak, by przygotować ją na przyjazd gości. Przyjechali i - póki co - podoba im się. Ale goście potańczą, popiją, pośpiewają i pokibicują, a potem pojadą, a my tu zostaniemy. I co jeszcze, poza nami, zostanie?

Zdjęcie

Co nam zostanie po Euro? /GABRIEL BOUYS /AFP
Co nam zostanie po Euro?
/GABRIEL BOUYS /AFP
Zostaną nam drogi. A konkretnie - 40 procent dróg zaplanowanych pięć lat temu, kiedy przyznawano nam Euro 2012. Poza tym, co powstało planowano przecież zbudować także A1 z Gdańska na Śląsk i A4 od Krakowa do ukraińskiej granicy. Rząd przedstawia realizację tych 40 procent planów jako sukces. Owszem, lepsze to niż nic, ale rząd łaski nie robi: te drogi trzeba było zbudować i bez Euro 2012. I szkoda, że nie udało się wykonać nawet połowy tego, co z takim rozmachem zaplanowano. Donald Tusk przejechał się jednak triumfalnie, powiewając chorągiewkami, po świeżym asfalcie A2. A przedtem ministerstwo transportu urządziło z oddawania rzeczonej A2 zabawny thrillerek, zapowiadając ponuro, że z autostrady nici, by na chwilę przed Euro ogłosić z triumfem, że jednak da radę. No, ale mogli nie wybudować, choć przypomina to dowcip o dresiarzu, który uratował staruszkę, bo jej nie kopnął.

Niestety, wygląda na to, że najlepsze już za nami. Minister Nowak twierdzi co prawda, że to jeszcze nie koniec i że roboty będą trwały, ale już teraz na wszelki wypadek zapowiada, że w 2013 roku mogą się zmniejszyć dotacje z Unii i ze środkami na realizację ambitnych rządowych planów będzie coraz bardziej krucho.

Reklama

Drogi jednak zostaną, a to - jak prognozuje firma "Ernst & Young" - sprawi, że wzrośnie zainteresowanie inwestorów Polską. Już teraz zresztą jest nieźle - z analizy wspomnianej firmy wynika, że w ciągu najbliższych trzech lat nasz kraj będzie po Niemczech drugim najbardziej atrakcyjnym w Europie miejscem do lokowania inwestycji. 

Polepszy się też status marki Polski za granicą. Szczególnie na Zachodzie, bo jeśli chodzi o Rosję, to po warszawskich ekscesach kiboli i ich bagatelizowaniu przez niektórych polityków PiS, nasz kraj jest postrzegany jako gniazdo rusofobicznych nacjonalistów. Na Zachodzie jednak wizerunek Polski udało się poprawić, a jeśli chodzi o Czechów, być może wręcz odkręcić negatywny stereotyp, który pokutował w tym kraju na temat Polski.

PBS sporządził na ten temat raport bazujący na badaniu opinii publicznej. Z raportu wynika, że 85 procent zagranicznych kibiców dobrze ocenia nasz kraj i imprezę przez niego urządzaną, a 92 procent zapowiada, że będzie rekomendować znajomym wizytę w Polsce.

Całkiem nieźle, jak na kraj, który miał być siedliskiem rasizmu i agresji, tym bardziej, że 85 procent badanych twierdzi, że czuje się u nas bezpiecznie. Wizerunek Polski zyska więc, o ile nie zepsują jej kolejne akcje kiboli czy zwykłych rasistów, których w Polsce jednak trochę jest (kto o tym wątpi, niech poczyta komentarze pod co bardziej  kontrowersyjnymi artykułami zamieszczanymi w internecie). Na to się jednak na szczęście nie zanosi.

"Financial Times" w artykule na temat Euro 2012 pisze, że Polska i Ukraina zamieniły się w oczach zachodniej opinii publicznej miejscami. W 2007 r. to "pomarańczowa" Ukraina była postrzegana jako proeuropejski kraj z gospodarką rosnącą z szybkością 7 proc. rocznie, a Polska pod rządami PiS-u była w Europie krajem "osamotnionym politycznie". Teraz - można przeczytać w "Financial Times" - jest dokładnie na odwrót.

Miasta liczą na powrót turystów. Marcin Herra, prezes spółki PL.2012, ma nadzieję na tzw. "efekt barceloński", który polegał na tym, że po olimpiadzie urządzonej w Barcelonie w 1992 roku zainteresowanie turystów tym miastem bardzo mocno wzrosło.

Szczególnie Wrocław liczy na Czechów, których spotkało w nim zaskakująco (dla nich) miłe przyjęcie. I którzy traktują to miasto z pewną nostalgią, przypominając, że jako Vratislav należało ono przez jakiś czas do Korony Czeskiej.

W czasie, gdy rozgrywano we Wrocławiu mecze przez miasto przewinąć się mogło, jak szacują jego władze, nawet do 700 tysięcy osób, a same strefy kibica odwiedziło ponad 400 tysięcy kibiców. Już teraz rocznie Wrocław odwiedzają 3 mln turystów. Miasto liczy na to, że w 2016 roku, gdy Wrocław będzie Europejską Stolicą Kultury, ta liczba się podwoi. Z badań PBG wynika, że co drugi kibic zapowiadał, że zamierza wrócić do Wrocławia, a ośmiu na dziesięciu poleci to miasto znajomym.

Również inne miasta - gospodarze Euro liczą na powrót turystów. Na serwisach społecznościowych pełno jest ich zdjęć, informacji na ich temat i filmików z nimi. Miasta wiedzą, że aby osiągnąć tak dobry efekt promocyjny, musiałyby wydać krocie.

Tym bardziej, że Polska zamierza iść za ciosem. Polska Izba Turystyki przygotowuje kampanię, która będzie miała na celu zachęcić turystów do przyjazdu do naszego kraju, póki jeszcze o Polsce jest głośno.

W kampanii cele wybierają trafnie: po pierwsze - planują podkreślić, że nasz kraj jest bezpieczny. Po drugie - chcą podkreślić jego specyfikę i egzotykę, bo w końcu socjalistyczna przeszłość Polski to coś zupełnie innego, niż to, czego doświadczali mieszkańcy krajów Zachodu.

Zostaną też stadiony. Reporterzy TOK FM podpytali zarządzających nowo wybudowanymi obiektami, jak zamierzają je utrzymać. Wbrew ponurym prognozom, nikt o rozbiórce nie mówi. Stadiony będą, oczywiście, wykorzystywane do organizowania imprez sportowych, ale nie tylko. Narodowe Centrum Sportu planuje wykorzystywać Stadion Narodowy na koncerty (w sierpniu zagra tam Madonna, we wrześniu - Coldplay), imprezy masowe itd. Poza tym Stadion to nie tylko murawa i trybuny: znajdują się w nim sale, w których można organizować różnego rodzaju eventy - od konferencji po bankiety. Poznań stawia na rekreację - bary i centra sportowe. I - oczywiście - koncerty: na tamtejszym stadionie śpiewał już Sting. Koncerty zapowiadają również Gdańsk i Wrocław. Ten ostatni chce w jednej części koronie stadionu wybudować hotel, a w innej - wynajmować powierzchnię biurową. W lipcu na wrocławskim stadionie zagra Queen, a we wrześniu rozegra się tam mecz Brazylii z Japonią.

Zostanie też zapewne drożyzna. Na Euro chciał zarobić każdy: taksówkarze, właściciele hoteli, restauracji i barów. "Dziennik Gazeta Prawna" szacowała, że kibice, którzy wybierają się do Polski mają 750-800 mln zł. I prawie wszyscy podnieśli ceny swoich usług.

Pozostanie nam po tych podwyżkach drogie piwo i jedzenie w restauracjach. Ceny podniosły również sklepy w centrach miast, i ceny te - przynajmniej w części - mogą już nie opaść, bo klienci wybierają takie sklepy z tego powodu, że są po drodze, a nie dlatego, że są tanie: klną, ale płacą. Poza tym - niektóre ceny wzrastałyby i tak.

Zdecydowanie przeholowali z cenami hotelarze i sami ukręcili na siebie bat: wysokie ceny odstraszyły wielu turystów. W artykule opublikowanym na stronach "Deutsche Welle" przeczytać można, że hotele skarżą się na brak rezerwacji. "Sami hotelarze wydają się nie bez winy. W Niemczech słyszy się dowcipy o władzach miast-gospodarzy, błagających hotelarzy, by na okres turnieju nie podnosili cen noclegów... o 800, tylko o 300 procent" - można przeczytać. 

To samo dotyczy wynajmujących mieszkania. Podbili cenową poprzeczkę tak wysoko, że zagraniczni kibice po prostu ich zignorowali. Średni koszt wynajmu mieszkania w Warszawie to 60 euro za dobę. We Wrocławiu - 33 euro, w Poznaniu - 40 euro, a w Gdańsku - 35 euro. W efekcie wynajęli głównie ci, którzy oferowali mieszkania w okolic stadionów.

Taksówkarze narzekają, że spodziewali się o wiele większego ruchu. Konkurentem dla nich jest usprawniona komunikacja miejska. Wszyscy pamiętamy obrazki irlandzkich kibiców pęczkami wystających z okien tramwajów.

Czy poziom sprawności komunikacji miejskiej nie opadnie po Euro pozostaje kwestią otwartą. Podobnie, jak kwestia sprawności kolei. W nowym kolejowym taborze zacina się i nie działa irytująco wiele rzeczy, poza tym - jak zauważył Krzysztof  Varga w swojej ostatnej powieści - polskie pociągi potrafią spóźnić się nawet na stację początkową. Jakość usług jednak poprawia się zauważalnie i nie sposób tego nie odnotować (inna sprawa, że nietrudno było przebić poprzedni poziom, który prezentowała sobą PKP). Niektóre dworce są odnowione, inne odświeżone po lakierze. Kwestia jednak - jak się wydaje - nie tylko w tym, by te dworce odnowić, ale też je w tym stanie utrzymać, a to nigdy nie było w Polsce mocną stroną.

Zarobili też w końcu tzw. "zwykli Polacy", którzy poczuli w sobie polską stereotypową żyłkę biznesową. Handel - nawet uliczny - produktami "przemysłu patriotycznego" przynosi (albo przynosił do czasu odpadnięcia naszego kraju z mistrzostw) całkiem spore zyski. Schodzą flagi, koszulki z orzełkiem, biało-czerwone farbki, szaliki. "Euro-izuje" się wszystko. Na Facebooku rekordy popularności bije profil "Weź obrenduj na Euro", na którym znaleźć można takie cuda, jak "flaczki kibica" czy "migdały kibica". Matka bramkarza Wojciecha Szczęsnego prowadzi nocny sklep z alkoholem. Na drzwiach zamieściła autograf syna-bramkarza. Kibice raczej tam nie dotrą, bo sklep leży na przedmieściach Warszawy ale ma szanse stać się lokalnym hitem.



Oceń tekst

Ocen: 5

Skomentuj artykuł: ​Co nam zostanie po Euro?

Przejdź do forum »

Wyróżnij ten komentarz spośród pozostałych, niech zobaczą go wszyscy!

Aby wyróżnić ten komentarz

wyślij SMS o treści KOLOR na numer

7271

I wpisz otrzymany kod w polu poniżej

Ok

Koszt całkowity SMS 2,46 PLN Nota prawna O co chodzi z wyróżnieniem?

Wasze komentarze: 2,

przeczytane przez: 3 osoby Dodaj komentarz