Kolbowicz: Po prostu się na tym znam

Wtorek, 17 lipca 2012 (07:43)

Mistrz olimpijski z Pekinu, wioślarz Marek Kolbowicz (AZS Szczecin) miesiąc temu skończył 41 lat, obronił pracę doktorską, a już wkrótce poleci do Londynu, by walczyć o drugi złoty medal na igrzyskach. Wierzy w sukces, bo jak mówi, "zna się na wiosłowaniu".

41 lat na karku. W sporcie osiągnął już pan praktycznie wszystko - złoto olimpijskie, cztery mistrzostwa świata. Ma pan rodzinę, obroniony doktorat i pracę na uczelni. Chce się jeszcze panu spędzać tygodnie w Wałczu, wstawać przed siódmą rano i trenować trzy razy dziennie?

Marek Kolbowicz: - To prawda, jestem sportowcem spełnionym, ale... nie mam jeszcze dwóch złotych medali olimpijskich. Jeżeli rysuje się szansa, która nazywa się piąty start na igrzyskach, a my jesteśmy w stanie je wygrać, to dlaczego nie. Ja po prostu lubię to co robię, a poza tym wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują, że ja po prostu się na tym znam. Tak jak piekarz zna się na wypieku pączków czy chleba, tak ja się znam na wioślarstwie. Cały czas sprawia mi to przyjemność, nie jestem też w tej drużynie piątym kołem u wozu, które zresztą czasami bywa pomocne.

Reklama

Tomasz Kucharski i Robert Sycz dwukrotnie zdobywali mistrzostwo olimpijskie. Chęć zrównania się z nimi też trzyma pana przy sporcie?

- Według rankingu Międzynarodowej Federacji Wioślarskiej (FISA), ja i Adam Korol jesteśmy najlepsi w historii naszej dyscypliny w Polsce. FISA liczy nie tylko medale olimpijskie, ale też z mistrzostw świata czy Pucharu Świata. Dlatego uważam, że nikogo nie musimy ścigać.

Wasz trener Aleksander Wojciechowski przyznał, że w wioślarstwie pojawiły się trochę lepsze pieniądze, które wydłużają zawodnikom kariery.

- Kariery robią Agnieszka Radwańska czy Robert Kubica. Przez pryzmat stanu konta, dla mnie jest to przygoda sportowa. Ale też nie ukrywam, że nie mogę sobie pozwolić na to co Robert Korzeniowski, który może zejść ze sceny niepokonanym, ale już następnego dnia ma wspaniały kontrakt, wspaniałą pracę. Mnie na to nie stać. Może to prozaiczne, ale finanse też trzymają mnie przy wiosłach, bo na dziś mogę zapewnić rodzinie spokojny byt. Mam dwa stypendia, sponsorów zewnętrznych, otrzymuję też wsparcie z miasta.

Ile czasu w roku spędza pan poza domem?

- Wbrew pozorom nie za dużo. Myślę, że tak "fifty-fifty". Jeżeli ktoś powie, że spędza 300 dni na obozie, to jest to wierutna bzdura. To wszystko jest wyważone. Ja oczywiście podziwiam moją żonę, ale mamy to szczęście, że możemy też zawsze liczyć na jej czy moich rodziców. Do tego "kociołka" czasami wrzucamy moją starszą siostrę. Jest trochę osób, które nam pomagają. Gdyby ich nie było, to nie wiem, czy bym jeszcze "rzucał" się na kolejne wyzwania. Na wynik sportowy wpływa bardzo wiele czynników. Nawet właśnie takie rzeczy, jak to, że podczas zgrupowania nie muszę się martwić, czy żona sobie z czymś poradzi. Wystarczy jeden telefon, do teściowej, dziadka. I w tym momencie jest mi łatwiej.

Córki czasami jednak nie pytają, "tato, kiedy z nami dłużej pobędziesz?"

- Są już przyzwyczajone. Od września do grudnia jestem praktycznie w domu, nigdzie nie wyjeżdżam. W styczniu, lutym nie ma mnie po dwa tygodnie. Teraz w Wałczu jesteśmy od trzech tygodni, ale na tydzień przyjechała rodzina. Czasami wystarczy tylko chcieć. My z Adamem mamy już taką tradycję, że na początek BPS-u w Wałczu, czyli najbardziej ostrego przygotowania, przyjeżdżają do nas rodziny z dziećmi.

Patrząc na pana, można powiedzieć to samo, co o piłkarskich bramkarzach - im starszy tym lepszy?

- Absolutnie nie jest tak. Mam nadzieję, że wioślarze nie będą patrzeć na wiek przez mój pryzmat, czy też Adama, który też nie jest już najmłodszy. Takie "zjawiska" jak my rodzą się raz na kilkanaście lat. My oprócz tego, że jesteśmy doświadczonymi zawodnikami, to mamy jeszcze smykałkę do wiosłowania. Obojętnie, kto stanie z nami w szranki na treningu i będziemy płynąć równo lub minimalnie przegramy, to wierzcie mi, robimy to dużo mniejszym nakładem energii. To jest jeszcze kolejna rzecz, która mnie trzyma przy tym sporcie, że muszę mniej włożyć energii niż inni.

Co się zmieniło w waszej osadzie od czasu zdobycia złotego medalu w Pekinie?

- Przykro mi to powiedzieć, ale osada stała się bardziej krnąbrna. Kiedyś była totalna dyktatura - trener, ja i to były "rzeczy święte". Oczywiście mówię tylko o sytuacji "na wodzie". Teraz tak nie jest, a ja to nazywam syndromem "bycia mistrzem". Kiedyś wyrzucałem tysiące słów na wodzie, a partnerzy z osady dziękowali mi za to po zakończonym sezonie. Dziś oni są i czują się też mistrzami, czasami ktoś na moje uwagi może po prostu "odszczekać". Ale to nie oznacza, że teraz inaczej pracujemy. Zaangażowanie jest takie samo. Nie ma jednak związków idealnych i tak jest z nami. Choć jak sobie przypomnę pierwsze lata naszej współpracy, to aż z przyjemnością jechało się na obóz, żeby zobaczyć te same "mordy".

Na zgrupowaniach, zawodach mieszkacie razem, czy śpicie w jedynkach?

- Nie wyobrażam sobie mieszkać w jedynce. To jest jakaś kara ze grzechy, a dochodzą mnie słuchy, że w Londynie mamy mieć wszyscy osobne pokoje. To jakiś obłęd, człowiek jest przecież zwierzęciem stadnym. W końcu ile czasu można przeglądać internet i nie odzywać się do nikogo? Ja z Adamem akurat kupujemy dużo gazet, a potem się wymieniamy. My z Adamem jesteśmy do siebie po prostu przyzwyczajeni, czasami to wygląda jak papierowe małżeństwo, ale sympatia między nami też jest. Jesteśmy od siebie uzależnieni. Adam beze mnie nic nie zrobi na łódce, tak samo ja bez niego.

Pana ostatnie wpisy na waszej oficjalnej stronie są dość krytyczne, jeśli chodzi o wasze pływanie. Nie napawają optymizmem przed igrzyskami.

- Z naszą osadą jest jak z miłością czy przyjaźnią, na którą trzeba chuchać i dmuchać. Jeżeli nie dbamy nią, nie pielęgnujemy jej wszyscy w równym stopniu, to brak zaangażowania którejś z osób da się wyczuć. Jeżeli tak się dzieję, to potem to się wszystko rozmywa. Nasza siła tkwi w zespole - my indywidualnie jesteśmy słabsi od tych zawodników, z którymi się ścigamy na arenach międzynarodowych. Ale w zespole obowiązuje zasada "jeden za wszystkich, wszyscy za jednego".

To jak jest faktycznie z tą waszą formą? W przeciwieństwie do poprzednich igrzysk, "Dominatorzy" nie są wymieniani w gronie głównych faworytów do olimpijskiego złota.

- To mnie nie obchodzi. Wiemy, że pływaliśmy ostatnio słabo, ale wierzę, że pojedziemy na igrzyska i wygramy. I wszyscy wówczas powiedzą "jak oni to robią?" To mnie nakręca, by pokazać, że nie jesteśmy ludźmi o wielkich mięśniach, tylko otwartych głowach i umysłach, które powodują, że wiemy jak najlepiej się przygotować.

Dużo wam brakuje do najlepszych osad?

- Najlepszy wynik mieliśmy w Lucernie, w półfinale podczas Pucharu Świata. Wcześniej w przedbiegu popłynęliśmy źle i w półfinale trafiliśmy na niezwykle mocne osady. Powiedziałem wówczas krótko, że musimy się spiąć, bo inaczej rozwalą nam tę osadę, a ja jestem pierwszy, żeby to zrobić. Trzeba nowej krwi, a ja mam dosyć. Wyłożyłem kawę na ławę. I po półfinale miałem ich ochotę wyściskać. Przypłynęliśmy wprawdzie na drugiej pozycji, za Estonią, ale wiedzieliśmy już, że awansowaliśmy do finału i nie chciało nam się już finiszować. Poziom, jaki zaprezentowaliśmy, to coś niezwykłego, czas 5.40 to wynik, który daje prawo myśleć o medalach olimpijskich. A potem finał i... TKKF, szóste miejsce, totalna porażka. Ale ten półfinał jest dla nas wyznacznikiem. Tracimy w tej chwili cztery sekundy do najlepszych osad, a tak niewiele dawno nie było. Musimy to nadrobić, a nie ma takiej możliwości, by rywale osiągnęli jeszcze wyższy poziom. Rosja, Estonia, Niemcy, Chorwacja nie mogą już sz  ybciej pływać. A my... nie tylko możemy, ale już pływamy szybciej.


Tor olimpijski w Eton znacie już ze wcześniejszych zawodów. Odpowiada wam?

- Tor falujący, wietrzny, ale gdy byłem dwa razy, wiało równo. Gorzej, jak na regatach wieje z boku i ci, co płyną na pierwszych torach, wygrywają. Jak jest wiatr po skosie, to jest "po regatach". Mówimy wówczas - ty wiosłujesz, a wiatr miejsca rozdaje. Nie podoba mi się, że wioskę olimpijską dla wioślarzy nie zrobiono tam, gdzie są inni sportowcy, ani w pobliżu toru, tylko gdzieś daleko. Jak mówią, że dojazd zajmie 20-30 minut, to pewnie wyjdzie 40-50 minut. Porażka - bo się okaże, że dwie godziny dziennie tracę na transport.

Rozmawiał Marcin Pawlicki

Oceń tekst

Ocen: 35

Skomentuj artykuł: Kolbowicz: Po prostu się na tym znam

Przejdź do forum »

Wyróżnij ten komentarz spośród pozostałych, niech zobaczą go wszyscy!

Aby wyróżnić ten komentarz

wyślij SMS o treści KOLOR na numer

7271

I wpisz otrzymany kod w polu poniżej

Ok

Koszt całkowity SMS 2,46 PLN Nota prawna O co chodzi z wyróżnieniem?

Wasze komentarze: 7,

przeczytane przez: 10 osób Dodaj komentarz