Prezes coś kręci! Szykuje się niesamowite wydarzenie

Sobota, 28 grudnia 2019 (00:00)

Nie było łatwo tam się dostać. Jeszcze trudniej poszło z wyjściem. Ale mamy nagranie! Jedyne, jakie niezależnej ekipie udało się zrobić. Jesteśmy przekonani, że to był ten głos (na kotach słabiej się znamy). Głos Prezesa. I że ten głos przemówi do każdego - czy tego chce, czy nie. Pytanie: kiedy i kto będzie się śmiał?

Zdjęcie

My to już wiemy. Prezes coś szykuje /INTERIA.PL
My to już wiemy. Prezes coś szykuje
/INTERIA.PL

Przed nami zamykały się drzwi i okna. Wykorzystaliśmy windę towarową. Na drodze stawali ochroniarze. Przeczekaliśmy, aż po staremu udali się wzmóc efekt cieplarniany (jakby do nich w ogóle nie dotarło "hałderju!").

Gdy już dostaliśmy się do środka, zablokowała nas niemiła obsługa (jakie to symptomatyczne), w szyku nieomal testudo otaczająca kobietę ostrożnie niosąca herbatę w szklance typu stakan i na podstawce do takich szklanek.

Reklama

Za drzwi obite skajem (z jednej i drugiej strony) przedrzeć nam się już nie udało. Zresztą kobieta ze szklanką bardzo szybko wyszła z pomieszczenia odgrodzonegeo drzwiami obitymi skajem z jednej i drugiej strony.

Przez uchyloną połać dosłyszeliśmy tylko strzępy jadowitych komentarzy: "to nie jest pani Basia", "to nie jest herbata" i "otruć mnie chcą".

Korzystając z nieobecności ochroniarzy, nawiązaliśmy kontakt z ekipą tv. Zastanowiły nas trzy kamery VHS i magnetowid marki Funai.

- Ruscy, Mosad czy ci od Trumpa z tefałenu zęby se połamią i ani dychną. To nie jakieś wafelki. Nawet, jak fałhaesiaka jakoś przechwycą, to co z tym zrobią? Od Wietnamców ze Stadionu X-lecia jeszcze w 2007 Mariusz kazał wykupić wszystkie analogi - przechwalał się pomocnik asystenta drugiego reżysera.

- A was kto tu przysłał? - spojrzał na nas podejrzliwie.

Dziki Kraj ujawnia: Prezes coś kręci /Interia.tv

Kiedy rozglądał się za ochroną, daliśmy nura w kotarę z pluszu w odcieniu kiedyś palisandrowym (obecnie na przełomie owsianego latte i vegaba).

Nie za dużo udało się nagrać. Wyraźnie w zasadzie dobiegły nas tylko słowa: "drodzy rodacy" i "kończy się rok".

Wyglądało to na początek czegoś monumentalnego.

Wtedy naszą kryjówkę nakrył kot. Skoczył za myszą i smyrnął nam między nogami. Statyw walnął o podłogę. Dopadli nas ochroniarze odymieni i pobudzeni ostatnimi mentolami (w końcówce nagrania całkiem wyraźnie widać całą akcję, chociaż trzeba się wczuć w sytuację).

W cieciówie przetrzymali nas trzy godziny. Przetrząsnęli wszystko i w kółko pytali, czy to Marian nas przysłał (jaki Marian?). Kiedy się upewnili, że nie mamy żadnych VHS-ów, puścili nas wolno. Musieliśmy wychodzić przez kotłownię, pomiędzy zwałami węgla wysokokoksującego. Pojedynczo. I nie czytać napisów.

Artykuł pochodzi z kategorii: Mowatrawa