Tak biegły wyceniał zegarek Nowaka

Poniedziałek, 2 grudnia 2013 (15:55)

Nowe, jakże zaskakujące, doniesienia ws. tzw. afery zegarkowej. Jak dowiedział się "Wprost", biegły, poproszony przez prokuraturę o wycenienie zegarka byłego już ministra transportu, Sławomira Nowaka, w ogóle się na tym nie znał! Co więcej, robił to po raz drugi w życiu...

Zdjęcie

Sławomir Nowak - pierwszy zegarmistrz PO. /Wojciech Stróżyk /Reporter
Sławomir Nowak - pierwszy zegarmistrz PO.
/Wojciech Stróżyk /Reporter

Dzięki Janowi Bochenkowi, emerytowanemu inżynierowi, Sławomir Nowak mógł uniknąć kłopotów. W marcu 2011 roku biegły Bochenek wycenił bowiem zegarek byłego ministra na 9660 złotych.

Śledztwo mogłoby zostać więc umorzone - posłowie do oświadczeń majątkowych mają obowiązek wpisywać tylko to, co jest warte więcej niż 10 tys. złotych. 

Reklama

Tak się jednak nie stało, gdyż opinia biegłego "wyciekła" i zrobiło się o niej głośno...

Prokuraturze nie pozostało więc nic innego, jak tylko... wezwać drugiego biegłego.

Tym razem szwajcarski Ulysse Nardin, zegarek byłego ministra Nowaka, został "doceniony" - kolejny biegły stwierdził, iż jest on wart aż 17 tys. złotych!

I to już oznaczało dla posła PO i dymisję, i kłopoty...

Jan Bochenek w rozmowie z "Wprost" zapewnia, że nie wiedział do kogo zegarek należy.

"Nawet nie dostałem tego zegarka. Miałem kolorową fotografię. I opinię rzeczoznawcy, który uznał, że stan zegarka jest średni" - powiedział.

A na pytanie, czy wcześniej wyceniał zegarki, Bochenek odparł, iż "tak, raz, ukradzionego roleksa na Marszałkowskiej".

"Wyceniłem tak, jakby ktoś chciał ten zegarek sprzedać na bazarze, no, na rynku wtórny" - podsumował biegły Bochenek, dodając - z rozbrajającą szczerością - "po prostu nie jestem specjalistą od zegarków".

Ot co.

oprac. emi







Artykuł pochodzi z kategorii: Mowatrawa